Model który chciałem mieć od dzieciaka. Tamiyowski pierwowzór stał w sklepie nieopodal mojego domu. Gdy dostałem toto w ręce entuzjazm nieco opadł. Stare formy, niefajna kopia. Zleptany z pudełka, z kilkoma gratami. Czeka do malowania blisko rok. Chyba się wreszcie doczeka po doklejeniu jeszcze kilku kawałków. Malowanie jednolite piaskowe, z wojny w '91.
Się w końcu przemogłem i zmalowałem tego złoma. Kolory takie od czapy, pasujące chyba bardziej do wojny z 2003 niż z 1991. Nie spędzi mi to raczej snu z powiek. Do tego wstetne kalkomanie (stara Tamiya) które ktoś kiedyś musiał solidnie przekląć - rwało się to cholerstwo strasznie. Na małe kawałki. Tfu!
Czołg jest złoszowany, bambetle pokolorowane jakoś tak wstępnie. Dalej nie mam na razie pomysłu. Obijać czy nie obijać? Olać obijanie i paprać pigmentami? Współporady chętnie przyjmę.
Korzystam z wolnego. Przejrzałem zdjęcia z PrimePortalu. Chwyciłem za pędzel i zacząłem obijać. Najpierw zielonym (piaskowa farba była wszak nanoszona na istniejący już kamuflaż). Wychodziło rzygowato - kojarzyło się z jajecznicą. Zmieniłem więc kolor na ciemnoszary, chyba ciut lepiej.
Generalnie robiłem to pierwszy raz w życiu. Może być tak czy kicha?
Mam wrażenie że przegiąłem...
No to dalej. Skończyłem malować obdrapane obdrapania. Uważam że zdecydowanie starczy, nawet jest za dużo. Ale jak już zacząłem, ciężko było się zatrzymać. Muszę przestać oglądać filmy Jimeneza. W zasadzie skończyły mi się pomysły na to co jeszcze chciałbym na tym gracie przećwiczyć. Został już chyba tylko matowy lakier, pigmenty i jakieś tłuste ciapy od oleju, benzyny, czy sosów do spaghetti z racji bojowych.
Zastanawiałem się czemu zdjęcia mimo wielu prób nie wychodzą mi ciągle tak jakbym chciał. Po zgraniu na kompa powyższej paczki dopatrzyłem się że na aparacie jakaś gadzina ustawiła najniższą jakość fotek...