Ale trzeba robić.
Jako że w praktyce kadłub prawie gotowy do dalszych prac (zostało tylko do odtworzenia kilka linii podziału i może jakieś drobne szlifowanie tu i tam), postanowiłem spróbować jakimś cudem oprawić wnękę podwozia w skrzydle.
Skrzydło ma to do siebie, że jest płaskie, natomiast wnęka Airesa jest gruba.
Oszlifowałem co się dało, skrzydło praktycznie jest na spodzie cienkie jak papier, wnęka też oszlifowana jak tylko się dało, a obie połówki skrzydła nie domykają się. Od strony krawędzi spływu brakuje gdzieś tak z 1,5 mm i trzeba będzie po prostu docisnąć i zakleić na siłę. Na szczęście wszelkie nierówności powinny zasłonić klapy, ale w tym miejscu skrzydło będzie minimalnie wybrzuszone.
Efekt gdzieś tak z godziny dłubania i wieszania psów na projektantach Airesa:

Nie obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie.
Na szczęście w tym miejscu nie powinno być problemu żeby to ładnie zaszpachlować.
Tak na marginesie, to to sine to prześwitujący klej Loctite. Tak cienkie jest w tym miejscu skrzydło.

Na koniec porównanie jak wygląda wnęka Airesa (po lewej) i zestawowa. Mówiąc szczerze, to różnicy jakiejś szokującej nie ma. Gdyby w zestawowej dodać ze dwa przewody...

Trochę tak dla relaksu zrobiłem zestaw kół.
Koła są od Quickboosta.

Malowanie tegoż nie było takie proste, bo koła głównego podwozia mają jakieś dziwne felgi z dziwną trójczłonową konstrukcją (to czerwone), przypominającą zabezpieczenia antykradzieżowe.
Strasznie kradną w tej Ameryce.
Trzeba było malować trochę pędzelkiem.
Tak to wyszło:
