Eee, no coś w tym jest ale nie końca. Ja jeżdząc po Lublinie co rusz mam jakąś jazdę z gośćmi na blachach zaczynających się na W**, pewnie jacyś przedstawiciele handlowi albo coś w ten deseń. Zajeżdżanie drogi, wpychanie się i inne manewry aby tylko przeskoczyć w sznurze samochodów trochę do przodu, to w takich autach standard. Aczkolwiek wczoraj miałem chyba jakąś jazdę z autkiem na tablicach LLU

. Ja to w Lublinie mieszkam od lat chyba 15 ale cały czas jeżdzę samochodami z blachą na L*** ale z małego miasteczka, gdzieś na wschodzie. Osobiście widzę z tego same plusy

Czasem jak to każdemu zdarzy mi się jakiś głupi manewr ale raczej nikt mnie w takiej sytuacji nie otrąbił. Pewnie w myśl zasady - ot przyjechał wiochmen do dużego miasta, to trzeba mu wybaczyć. Czasem jeżdzę do Warszawy i z każdej wyprawy wynosiłem pozytywne wrażenia. Nikt mnie w stolicy nigdy nie otrąbił, pomagano mi zmienić pas jak za późno się zorientowałem, gdzie mam jechać. Choć akurat przed epoką nawigacji, to ja każdy wyjazd w miejsca mało mi znane przygotowywałem sobie kreśląc kolorywymi pisakami trasy na mapach, aby nie szukać ich wzrokiem jadąc już przez miasto.
Muszę jednak przyznać, że na drodze potrafię być złośliwy. Najbardziej nie lubię jak ktoś nie używa kierunkowskazów. Jak ktoś włączy migacz, to puszczę zawsze. Jak robi jakieś dziwne manewry, a o kierunkowskazie zapomina, to dodam gazu aby mu utrudnić życie.
A jeszcze mi taka refleksja przyszła do głowy po ostatniej kłótni z żoną za kółkiem. Żona zrobiła prawko parę lat temu, jeździ swoim samochodem i od pewnego momentu ani ja nie lubię jeździć kiedy ona powozi, ani ona kiedy ja

Ona mówi, że ja jeżdzę niebezpiecznie, bo za późno hamuję, wykonuję zbyt gwałtowne manewry, a poza tym wybieram mało optymalne trasy. Ja jadąc z nią jako pasażer nigdy nie byłem specjalnie marudny, starałem się nie wtrącać, nie krytykować. Czasem jakąś poradę rzuciłem. Zauważyłem u niej jednak pewną przemianę za kółkiem, która jak myślę jest dość charakterystyczna dla pewnego etapu stażu każdego kierowcy. Odkąd sama mechanika jazdy nie sprawia jej kłopotów, znaczy się te wszystkie biegi, pedały, płynność stały się automatyczne, to uważa się już za super kierowcę. Każda jazda z nią, to wysłuchiwanie jak to źle jedzie tamten, a co robi ten głupek, a ci się wloką, a tamci... Ostatnio wysłuchałem tak z pół godziny takiej tyrady, a na koniec kiedy kierowaliśmy się już do domu, na jednym rondzie pytam się grzecznie - czemu skręcasz tu, a nie jedziesz tam? Bo ja zawsze jadę tędy, bo tędy jest krócej (vide mój brak optymalności). No i dobra jedziemy ale w pewnym momencie dojeżdzamy do skrzyżowania, gdzie aby skorzystać z tego skrótu trzeba zmienić pas na prawy i skręcić w małą dróżkę. Problem w tym, że z tego prawego pasa włączają się do ruchu ludzie chcący dostać się na główną wylotówkę. I nastąpił mały pat, bo odcinek na zmianę długi nie był, a żona nie potrafiła "dogadać" się z kierowcą z drugiego pasa. Powiedziałem tylko - świetny skrót, teraz kilometr do najbliższego skrzyżowania i objazd dookoła, bo nie umiałaś zmienić pasa. No i się trochę nasłuchałem od żony, a potem cichy wieczór

Najbardziej się śmiałem z niej, nie z tego niezdecydowania tylko mówię jej - pół godziny napierdzielałaś się z innych kierowców, a jednej mojej uwagi nie możesz przyjąć spokojnie do wiadomości. Zresztą jak zwykle oberwało mi się, że to ja jeżdzę niebezpiecznie. Ja jej na to - być może ale odkąd mam prawo jazdy czyli lat już chyba 20, nie miałem nawet stłuczki (odpukać, choć rozjechanego kota nie liczę, ani jednej laski, która mi się rzuciła pod koła też nie), a ty w swojej karierze zdążyłaś wjechać w ścianę, bo ci się pomylił hamulec z gazem, a w tym roku wymusiłaś pierszeństwo na skrzyżowaniu powodując stłuczkę, a tego, że samochód jest porysowany z każdej strony nawet nie liczę. Ogólnie jednak wrażenia mam takie, że żon lepiej nie krytykować
